niedziela, 27 stycznia 2013

Cztery Dni Zimy...

Po dość długim wygrzewaniu się w florydzkim słońcu zachciało mi się zimy... Generalnie nie cierpię zimy, śniegu i zimna, ale miałam ostatnią okazję zobaczyć się ze znajomymi, którzy już za miesiąc wracają do swoich krajów bo nasz pierwszy rok się przecież kończy 13 lutego!!! Tak, trudno mi uwierzyć, że to już prawie rok temu wyleciałam z Polski, poznałam tych wszystkich ludzi i zobaczyłam tyle miejsc. Nowy York był właśnie pierwszym miastem, które zobaczyłam po przylocie do USA rok temu. Dlatego, kiedy znalazłam się w okolicy, w której mieszkałam 3 miesiące z moją host rodzinką było co wspominać...

42 ulica i Chrysler Building - tuż obok starego domu

Zupełnie nie planowałam tego wyjazdu, ale okazało się, że będę miała 4 dni wolne bo hości z małym lecą do Nowego Jorku zobaczyć swoich znajomych i zwyczajnie odpocząć od pracy. Nie zdążyli jeszcze sprzedać swojego mieszkania więc właśnie tam się zatrzymali. Zainspirowana ich pomysłem na wakacje postanowiłam polecieć z nimi. Znalazłam ten sam lot, którym oni mieli lecieć, o  co sami mnie poprosili kiedy oznajmiłam, że lecę do NY. Pozwolili mi oczywiście zatrzymać się w ich starym mieszkaniu, które niestety świeciło pustkami i musiałam spać na karimacie... Trochę twardo, ale lepiej niż na samej podłodze.

Wiem, wygląda to strasznie, ale nie było tak źle, zwłaszcza, że miałam dwa koce i grzejnik tuż obok ;)
Całe szczęście moja zawsze przewidująca i planująca hostka zadbała o wszystko i zorganizowała wszystkie potrzebne rzeczy do przeżycia tj. koce, poduszki, ręczniki, talerze, kubki, i jedzonko. Włączyła też wcześniej ogrzewanie.

Mimo, że byłam tam tylko cztery dni zdążyłam zrobić i zobaczyć wiele rzeczy, aż mój host się śmiał, że widziałam więcej niż on sam przez 6 lat, które tam mieszkał ;) 

Pierwszego dnia poszliśmy do muzeum kultury latynoamerykańskiej  we wschodnim Harlemie El Museo del Barrio http://www.elmuseo.org/en/at-el-museo. Akurat tego dnia było ze free i było tam mnóstwo ludzi... ale nie do muzeum tylko była tam jakaś promocja książki i dlatego się wszyscy dziwili, że my idziemy do muzeum... Samo miejsce i wystawa mnie zbytnio nie zaciekawiła a właściwie to wcale ;)  Jednak zanim tam dotarłam chciałam jeszcze raz odwiedzić Central Park.







W tej części Central Parku jeszcze nie byłam i muszę przyznać, że ta południowa część ma więcej uroku, a może po prostu to wiosną park ma większy urok... Ostatni raz byłam tam na wiosnę. Tym razem było strasznie zimno zwłaszcza, że przyzwyczaiłam się do ciepła.
Tego samego dnia poszłam z dziewczynami rozgrzać się w klubie w South Village. Ja chyba jestem jakaś dziwna, bo za klubami nie przepadam, ale tym razem było ok, (Gatta ja też Cię zabiorę na imprezę w Miami, tylko troszkę inną ;) muzyka była bardzo różna i można było na prawdę TAŃCZYĆ, a nie wyginać się w rytm stukotu. Mimo wszystko moim najciekawszym zajęciem na tego typu imprezach jest obserwowanie śmiesznych zachowań ludzi ;P


...Why you are going there then???
Jednym z najciekawszych miejsc, które zdążyłam odwiedzić tym razem było Guggenheim Museum, gdzie była wystawa Picasso Black and White - http://www.guggenheim.org/new-york/exhibitions Strasznie dużo trzeba się tam ochodzić i jeśli się chce można się wiele dowiedzieć o samych obrazach i autorze, z audio tour albo z podpisów. Mimo tego, że Picasso nie jest moim ulubiony malarzem i nigdy nie rozumiałam jego twórczości, zaczęłam troszeczkę rozumieć jego niektóre obrazy. Samo muzeum jest też bardzo ciekawe w swojej budowie. To trzeba zobaczyć na żywo, bo fotografia nie pokazuje tego uroku. Niestety nie można było robić zdjęć, tylko na pierwszym piętrze. Jak widać na zdjęciach, z każdego piętra było widać pozostałe i to skojarzyło mi się ze sceną z Miasto Aniołów z Nicolasem Cagem ;)






Spędziliśmy tak kilka dobrych godzin i zmęczeni pojechaliśmy wszyscy do Grand Central coś zjeść i pożegnać się bo był to już koniec weekendu i wszyscy musieli wrócić do pracy w poniedziałek... tylko nie ja!





Na kolejne dwa dni musiałam już sama organizować sobie czas. Oczywiście nic planując... W poniedziałek rano obudziłam się z pomysłem żeby pójść na musical, żeby się nie nudzić wieczorem i nie marznąć na dworze. Kupiłam więc już w samym teatrze bilet na "Rock of ages".




Chciałam zobaczyć musical bo widziałam już film nakręcony na podstawie właśnie musicalu. Strasznie zabawny i z dobrą muzyką z lat 80tych.



Musical był super! Jeszcze bardziej zabawny niż film i wiadomo na żywo ogląda się inaczej. Zabawne było to, że obok mnie na widowni siedział pan, który widział ten musical 81 razy!!! i sam mówił o sobie,  że jest cieniasem bo wśród jego znajomych są osoby, który widziały to ponad 100 razy! Nie wiem po co to ludzie robią. Ja na drugim takim samym musicalu bym się nudziła, a 80 nie wyobrażam sobie. I jak pomyślę ile pieniędzy wydali na to.... Pan oczywiście bardzo sympatyczny opowiadał wszystkim dookoła swoją historię oraz o obsadzie, którzy aktorzy się zmienili itp. itd. Szalonych ludzi nie brakuje, ale przynajmniej mają swoją pasję ;)



Przed tym jednak, po kupieniu biletu wybrałam się na Greenpoint! Greenpoint to polska dzielnica w Brooklynie, o którym już pisałam kiedy byłam tam pierwszy raz niedługo po przyjeździe do USA.



Dostać się z Manhattanu do Brooklynu nie było trudno, zwłaszcza z mapą, ale musiałam zmieniać pociąg. Już w Brooklynie można było zobaczyć w metrze, że ludzie wyglądają bardziej europejsko. Można  się było tylko domyślać, że ludzie jadący do Greenpoint są Polakami, pewności jednak nigdy nie ma bo właściwie jak my wyglądamy? ;)



To proste, że musiałam odwiedzić piekarnie (dyspensa na wakacje - jjem chleb). Znalazłam też polską księgarnię, gdzie kupiłam ciekawy słownik do nauki angielskiego a mianowicie "Słownik wyrazów zdradliwych", które mogą brzmieć tak samo lub podobnie w obu językach, ale znaczą coś zupełnie innego (http://www.gandalf.com.pl/b/slownik-angielskopolski-polskoangielski-C/). Potem wybrałam się na lunch do polskiej stołówki, albo czymś w tym stylu. Pierwszy raz od prawie roku oglądałam polską telewizję. Już zapomniałam jak reklamy durnie brzmią po polsku.... a nie, reklamy w ogóle brzmią durnie ;) Całe szczęście znalazłam tą polską stołówkę bo było mi już strasznie zimno! Wbrew pozorom, wcale nie ma tam tak dużo polskich restauracji więc musiałam się trochę ochodzić. Kolejny raz. Cały Greenpoint może nie wygląda tak ciekawie i olśniewająco jak Manhattan, ale to taki mały kawałek polski. Tu dla odmiany amerykańskie sklepy miały w nazwie "american store" albo coś takiego, gdyby coś szukał coś nie polskiego.


Pierwsze co zobaczyłam po wyjściu z metra
 


W oddali Manhattan
Kiszka?



Miejsce gdzie zjadłam pierogi i zupę pomidorową ;)
 Potem wróciłam spowrotem na Manhattan. Znalazła jeszcze jedno miejsce, do którego nie dotarłam wcześniej.

Love sculpture
... i przeszłam się piąta aleją. Zobaczyłam, że właściwie nie można zobaczyć Katedry św. Patryka bo jest w trakcie remontu.
Odwiedziłam też Rockefeler Centre, gdzie kiedyś miałam okazję jeździć na łyżwach i wspiąć się na Top of The Rock, ale nie tym razem. 





Lego kopia Rockefeller Centre


Przed musicalem miałam jeszcze trochę czasu więc poszłam na Time Square. Tam właśnie obok czerwonych schodów można było kupić bilety na musicale w dość dobrych cenach, ale sprzedawali je dopiero później i właściwie na Rock of Ages nie miałabym zniżki.



Kolejka po bilety na Broadway





Został mi tylko jeden dzień w NY, więc postanowiłam zrobić sobie maraton po Manhattanie i "pożegnać" się z miastem zanim, razem z rodziną pojedziemy na lotnisko. Mieliśmy lot o 6.10 pm więc miałam jeszcze trochę czasu. Jeszcze kiedy byłam tutaj pierwszym razem miałam odwiedzić Flatiron building, ale jakoś mi to umknęło. Co w nim właściwie takiego nadzwyczajnego poza tym, że jest w kształcie żelazka... Swojego czasu, był najwyższą budowlą Nowego Jorku i oczywiście jest jednym z głównych symboli miasta.


Flatiron building
Stamtąd można było zobaczyć w oddali World Trade Centre więc szłam, co okazało się pomyłką bo WTC wcale nie było tak blisko. Z tego miejsca było już blisko na Wall Street i The Bull a potem Battery Park i w oddali Statua Wolności. Tam właśnie było jeszcze bardziej zimno a najbardziej dokuczał mroźny wiatr. Dalej poszłam w kierunku Brooklyn Bridge. Razem z wejściem do metra skończyła się moja podróż...


World Trade Centre ciągle w budowie



Staten Island Ferry

Statua Wolności


Battery Park i Statua Wolności w oddali

Poza tymi wszystkimi miejscami widziałam mnóstwo innych, tak przy okazji takich jak Biblioteka Główna, City Hall, Bryant park z lodowiskiem, ale chyba zabrakłoby miejsca na jednego posta. Tak właściwie sobie myślę, ze z każdego dnia mogłam bym napisać osobny. Strasznie długo się zbierałam do pisania i podchodziłam właściwie kilka razy, ale nareszcie dotarłam do końca. Musicie mi wybaczyć, ze zarzuciłam was tyloma zdjęciami ;)
W Nowym Jorku wszystko było cudne i mimo przeziębienia, które mnie teraz męczy cieszę się, że mogłam tam pojechać jeszcze raz. Szczególnie ciesze się, ze mogłam zobaczyć moich znajomych :))

wtorek, 15 stycznia 2013

Portugalski - moja pasja...

Tak jak wspominałam w podsumowaniu roku 2012 i moich postanowieniach na 2013 rok chcę nauczyć się portugalskiego. W tą minioną sobotę zaczęłam nareszcie kurs! Uczyłam się już portugalskiego kilka miesięcy w Polsce, ale mało co pamiętam. Nie miałam tam też możliwości przebywania z rodowitymi Brazylijczykami. Jedyną osobą była nauczycielka. Tutaj większość moich znajomych au pair jest właśnie z Brazylii, dzięki czemu poznaję też więcej osób. Moja nauczycielka jest z Sao Paolo, dlatego też ciągle śmieje się z tzw. Cariocas - ludzi z Rio de Janeiro. Podobno te dwa miasta się nie cierpią... bo Rio to imprezowe miejsce a Sao Paolo bardziej pracowite... To tak w ogromnym skrócie. Moja nauczycielka ma na imię Eliana i powtarza, że to czego się uczymy na zajęciach w Collegu to 15% wszystkiego a resztę musimy już sami... Dlatego też Eliana z 2 innymi osobami stworzyła grupę dla osób, które chcą mówić po portugalsku i dla samych Brazylijczyków, którzy chcą poznać swoich rodaków i ludzi zainteresowanych ich krajem: http://www.meetup.com/falaportugues/events/96721302/confirm/ 



Tam organizowane są spotkania, gdzie można potrenować swój portugalski, poznać ludzi i kulturę brazylijska i oczywiście spróbować brazylijskie przysmaki. Chyba nie będę wielkim fanem ich jedzenia bo jedzą bardzo dużo mięsa, ale zobaczymy.  Livia powiedziała mi, że uwielbia krwiste mięso, aż mnie ciarki przechodzą brrrr.... Namówiłam już wszystkich moich brazylijskich znajomych na spotkania więc może być ciekawie. Na pewno zdam relację z takiego spotkania, ale wybiorę się chyba dopiero pod koniec stycznia na samba party!

Moja grupa w szkole jest całkiem spora. Są tam oczywiście osoby, które skończyły college już dawno, ale chcą lub muszą uczyć się portugalskiego bo jest im potrzebny w pracy. Na nieszczęście dla mnie prawie wszyscy mówią po hiszpańsku (w końcu jesteśmy w Miami) i obawiam się, że będę w klasie gdzieś na szarym końcu bo wiadomo, że te dwa języki są bardzo do siebie podobne, co pewnie ułatwia hiszpańskojęzycznym naukę.

Mimo tego, że już się uczyłam portugalskiego zapisałam się na pierwszy poziom bo obawiam się, że jednak nic nie pamiętam. Wszystkich poziomów jest 6. Mam nadzieję, że nadążę i będę mogła skończyć wszystkie. Dla zainteresowanych jak ja językiem portugalskim, to jest książka z której będziemy się uczyć i jest ona używana na wszystkich poziomach. Nie jest tania w collegowej księgarni, ale w internecie można znaleźć rozsądną cenę.



Mój kurs to 8 sobót a zajęcia są w godzinach od 9 do 1.40 więc dosyć długo. Na szczęście w najbliższą sobotę nie ma zajęć bo jest długi weekend a ja przecież lecę wtedy do Nowego Jorku. Za to jest organizowana kolacja w brazylijskiej restauracji. No cóż, to mnie ominie...

Pierwsze zajęcia bardzo mi się podobały. Widzę, że nauczycielka kładzie duży nacisk na poprawną wymowę, który jest na prawdę cute, jak ona sama mówi "We are so cute". Oczywiście widać, że jest bardzo skromna ;) Nie mam pojęcia skąd mówi tak dobrze po angielsku. Żadnego akcentu w języku angielskim nie ma! Najzabawniejszą częścią zajęć była praca domowa, którą między innymi było... spróbowanie pao de queso, czyli jakiegoś serowego przysmaku, którego niestety jeszcze nie udało mi się znaleźć, ale moja brazylijska koleżanka powiedziała, że mi upichci :))

Dla osób, które nie znają tego języka w ogóle a chcą posłuchać to ta  stronka ma bardzo dużo krótkich filmików po portugalsku, a które też są naszą pracą domową: http://portacurtas.org.br/

I podstawowe zwroty po portugalsku... Z tej stronki:
http://www.slowka.pl/portugalski_zwroty.php




sim

tak



não

nie



Bom dia!

Dzień dobry! (rano)



Boa tarde!

Dzień dobry! (po południu)



Olá!

Cześć! (powitanie)



Chau!

Pa!



Boa noite!

Dobry wieczór!



Boa noite!

Dobranoc!



Adeus!

Do widzenia!



Aqui tem.

Proszę. (podając coś)



Obrigado (-a).

Dziękuję.



Por favor. / Se faz favor.

Proszę. (prosząc o coś)



Obrigadinho!

Dzięki!



De nada.

Proszę bardzo. Nie ma za co.



Com licença.

Przepraszam! (np. zaczepiając osobę nieznajomą)



De nada.

Nie ma sprawy. (odpowiedź na podziękowanie)



Desculpe. / Perdão.

Przepraszam. Przykro mi.



Não faz mal.

Nic nie szkodzi. (odpowiedź na czyjeś przeprosiny)



Sim, por favor.

Tak, poproszę. (o coś)



À sua saúde!

Na zdrowie! (toast)



Bom apetite! / Bom proveito!

Smacznego!



Santinho!

Na zdrowie! (po kichnięciu)



Bem, estou de acordo.

Dobrze, zgadzam się.



Com prazer!

Z przyjemnością.



Saudações cordiais.

Serdecznie pozdrawiam.



Bem-vindo!

Witamy serdecznie!



Bom dia!

Miłego dnia.



Igualmente.

Tobie również życzę miłego dnia.



Até logo!

Do zobaczenia!



Até breve!

Do zobaczenia wkrótce!



No czyż nie jest uroczy ;]
Myślę, że Eliana wykonuje swoją pracę z pasją, bo chce, nie tylko uczyć nas języka, ale pokazać brazylijską kulturę i zwyczaje. Innym plusem zajęć jest to, że uczy nas też jak na prawdę mówią Brazylijczycy, to znaczy jak mówi się potocznie, ale jest to ważne żeby zrozumieć ludzi w codziennym, nieformalnym życiu.


Até logo amigos!

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Wyścigi konne... ihaaaaa!

Zdaje sobie sprawę, że piszę mało dokładnie i nie często. Czasem na prawdę ciężko jest znaleźć wystarczająco czasu na napisanie czegokolwiek a czasem na pisanie bardziej szczegółowo. Sposób w jaki piszę jest dokładnie taki w jaki opowiadam różne historie. Wielkim mówcą nie jestem ;) Więc jeżeli czujecie, że czegoś nie dopowiedziałam lubi chcielibyście wiedzieć więcej po prostu pytajcie. Postaram się odpowiedzieć jak tylko mogę najlepiej :) Po to tu jestem między innymi żeby pokazać wam jak najlepiej jak wygląda życie tutaj i praca Au Pair. Będę również bardzo wdzięczna za każde przemyślane słowa krytyki. Tutaj dziękuję Sylwanie http://my-unreal-reality.blogspot.com/

Wróciłam właśnie do domu i zjadłam kolację z moją host rodzinką. Hosta zrobiła rybę i ziemniaki do tego. Byłam tak głodna bo cały dzień nie myślałam za bardzo o jedzeniu bo byłam mocno zajęta... Pani Dorota, którą poznałam na placu zabaw ;) zabrała mnie na wyścigi konne! Ale może od początku....
Pani Dorota zajmuje się chłopcem, z którym Max ostatnio bardzo często się bawi. Chłopcy są w tym samym wieku, dlatego całkiem dobrze się razem bawią. Całe szczęście więc póki co rodzice nie mają nic przeciwko temu, żeby się bawili razem. Cały czas się obawiam, że kiedyś to się skończy bo mój mały "aniołek" uczy drugiego chłopca różnych niefajnych rzeczy, jak brzydkie słowa i gesty (nie pytajcie skąd zna, ja go nie uczę ;) i w końcu może się okazać, że to ten chłopiec ma zabronione bawić się z Maxem. Ale póki co pani Dorota mówi, że ratuję jej życie bo nie nudzi się jak jest z małym na placu zabaw. Chłopcy bawią się razem, my oczywiście ich pilnujemy, ale czas szybko mija kiedy można z kimś miło porozmawiać. Ostatnio więc P. Dorota zapytała czy nie chcę wybrać się na wyścigi konne, które są Jej pasją. Ja oczywiście się zgodziłam bo konie bardzo lubię, ale w obstawianie się nie chciałam bawić bo się na tym nie znam. Pojechałam więc dzisiaj o 11 autobusem 120 do Aventura mall i stamtąd P. Dorota odebrała mnie  samochodem i pojechałyśmy na tor wyścigowy.


Najpierw poszłyśmy kupić gazetki z rozkładem wyścigów, gdzie były imiona jokeyi, koni i prawdopodobieństwo wygrania. Oczywiście P. Dorota starała mi się wytłumaczyć jak powinno się obstawiać, że za faworyta nie dostaje się dużo pieniędzy kiedy wygrywa, tylko za konia, który nie był faworytem. Można też obstawić kolejność koni które dotrą do mety i za to było więcej pieniędzy. Ja nie planowałam grać, ale ostatecznie odważyłam się na ten krok i przegrałam 2 dolary ;) Obstawiłam konia, który najbardziej mi się podobał. Jak widać to nie ma wielkiego znaczenia ;) 
Ogólnie mówiąc na takich wyścigach trzeba się strasznie ochodzić a jeśli ktoś gra to też trochę pogłówkować. Trzeba chodzić z miejsca na miejsce. Same wyścigi w sumie nie trwają długo. Na początek można pójść obejrzeć konie na wybiegu...





Widziałam, że tutaj dużo ludzi podejmuje decyzje co do wygranej...


Potem idzie się do okienka i obstawia swoje zakłady. W tych okienkach przeważnie pracują staruszkowie, który dorabiają sobie do emerytury. W pomieszczeniu jest mnóstwo telewizorów, z wyścigami z innych miejsc USA i oczywiście też można obstawiać swoje zakłady.


Po obstawieniu można było wreszcie obejrzeć wyścig.... i piękne koniki!


Jedna rzecz, które sobie jakoś nie uświadamiałam, to jacy jokeye są malutcy! Wyglądają jak chłopcy 12 letni, są niscy i bardzo drobni. Wszystko po to, żeby koń nie miał dużego obciążenia.
Wyścigi zaczynały się  w prawie zupełnej ciszy. Ale z czasem atmosfera nabierała większego napięcia. Niektórzy ludzie zaczynali krzyczeć (z pewnością to nie ci, którzy obstawiali 2$)


Co było ciekawe to ludzie, którzy przychodzili oglądać wyścigi byli w bardzo różnym wieku. Można było tam nawet zobaczyć całe rodziny z małymi dziećmi, które mówiły "my horse is gonna win".
Po wyścigu oczywiście zwycięzcy mogli odebrać wygraną a koń, który wygrał wyścig mógł się pławić w blasku fleszy ;)


Po kilku takich wyścigach i bieganiu od miejsca do miejsca zrozumiałam, że to może być na prawdę wciągające, ale też że żyłki hazardzisty na szczęście (raczej) nie mam. Jakoś nie wierze, że mogłabym wygrać cokolwiek, w jakiejkolwiek grze. Na takie wyścigi podobno często przyjeżdżają całe grupy graczy, którzy obstawiają jakimiś systemami, nie pytajcie, nie wiem co to znaczy :) W każdym razie, chodzi pewnie o to, że grając razem mają większą szansę na wygraną i jeśli wygrają dzielą się tym między sobą.

Mimo, że gambling to nie moja działka bardzo miło spędziłam dzień i cieszę się, że mogłam zobaczyć i doświadczyć czegoś nowego.

:)
Moja przegrana

Po kilku wyścigach postanowiłyśmy już pojechać do domu. Na końcu podobno zawsze są najdroższe wyścigi, na których można wygrać na prawdę duże pieniądze, ale może innym razem spróbujemy ;) P. Dorota odwiozła mnie na przystanek i szybko wskoczyłam do autobusu jadącego do Miami Beach...


piątek, 11 stycznia 2013

Podsumowanie Roku 2012

Próbowałam dokopać się do pierwotnego źródła tych pytań, ale zwątpiłam po kilku blogach. Widzę, że mają wzięcie i nie dziwię się bo mi też podoba się pomysł zebrania wszystkiego razem. Zgapiam zatem i dodaje kilka swoich pytań (od 23).




1. Dominujące uczucie na 2012 rok? 
Zadowolenie z siebie no bo przecież musiałam zacząć robić dużo nowych rzeczy, a często wydawało mi się, że to nie możliwe, że nie potrafię, na pewno nie ja... No w końcu trzeba zacząć wierzyć w siebie ;)

 2. Co zrobiłaś po raz pierwszy w 2012 roku? 
  • Odwiedziłam Amerykę Południową,
  • Prowadziłam auto!!! z automatyczną skrzynią biegów,
  • Prowadziłam auto na autostradzie,
  • Zamieszkałam z obcymi mi ludźmi,
  • Przeżyłam zimę w ciepłym miejscu, uciekłam od zimy ;)
  • Byłam po raz pierwszy w stanie New York, Karolina Północna i Floryda,
  • Byłam pierwszy raz we Włoszech,
  • Opalałam się i kąpałam w oceanie w grudniu,
  • Spróbowałam pierwszy raz wielu potraw, np. tzw. sweet potato (słodkie ziemniaki) - nawet dobre, zupa minestrone, focaccia, krab, ostrygi, małże, ośmiornica - fuuuuuuuj, kałamarnica, pastel ("brazylijski pieróg"), sushi, coś z kuchni indyjskiej, ale nie za bardzo mi smakowało... I pewnie jeszcze wielu rzeczy, których teraz nie pamiętam,
  • Nauczyłam się robić pierogi,
  • Zaczęłam chodzić na siłownię,
  • Chodziłam na Jogę, która z resztą bardzo mi się spodobała, tylko czas nie pozwala wrócić póki co,
  • Dotykałam aligatora, nawet trzymałam na rękach,
  • Przeżyłam "huragan", no dobra deszcz tropikalny, ale Amerykanie lubią używać wielkich słów ;)
  • ... 

3. Co zrobiłaś ponownie w 2012 roku po długiej przerwie? 
  • Poleciałam samolotem,
  • Zaczęłam jeździć samochodem,
  • Odwiedziłam Los Angeles,
  • jadłam kluchy... W końcu moja hostka jest Włoszką i kluchy pojawiają się dosyć często na kolację. Na szczęście są całkiem smaczne,
  • Wróciłam do szkoły, kurs angielskiego,
  • Powróciłam do pracy wolontariuszki,

4. Czego nie zrobiłaś w 2012 roku ?
Nie zostałam w Polsce i nie poszłam do pracy jak porządny człowiek po studiach :P


5. Słowo roku? (angielskie?)
Jeśli już mam wybierać to niech będzie to challenge.


6. Przytyłaś czy schudłaś?
Schudłam, w końcu stresu związanego z wyjazdem nie da się uniknąć, a będąc w Miami nie da się uniknąć chodzenia na siłownię ;)

7. Miasto roku?
Mimo, że w Miami spędziłam w tym roku najwięcej czasu, wybieram Rio bo to miejsce przypadło mi najbardziej do gustu.


8. Odwiedzone miejsca:
Nowy Jork 
Karolina Północna - Carolina Beach,
Floryda - Miami Beach, Fort Lauderdale, Hialeah, Hollywood, Key
               Largo, Key West, Everglades,
Los Angeles
Włochy - Lido di Venezia, Wenecja, Werona, Padwa, Rzym, Bari,  
                Martina Franca, Arbelobello, Locorotondo, 
Brazylia - Rio de Janeiro,

Szczegółowo dużo by pisać ;)

  
9. Ekscesy alkoholowe?
No studia się skończyły, trzeba się uspokoić ;)


10. Włosy dłuższe czy krótsze?
Trochę dłuższe, ale właściwie dzisiaj skróciłam bo od słońca strasznie się niszczą.


11. Wydatki większe czy mniejsze?
Zdecydowanie większe, zwłaszcza na podróże...


12. Wizyty w szpitalu?
Całe szczęście nie i oby tak zostało bo leczenie w USA DROGIEEE!



13. Miłość?
Pewnie, bo to raz :P



14. Osoba, do której dzwoniłaś najczęściej?
Raczej osoby? Rodzice, prawie co weekend.



15. Z kim spędziłaś najpiękniejsze chwile?
Trudno powiedzieć, wiele było pięknych chwil i trudno powiedzieć, które najpiękniejsze. Zdecyduje się jednak na spotkanie rodziny i przyjaciół z daleka od domu (Irenka, babcia, Aga, Moniksonek i Michasia) Buziaki :**



16. Z kim spędziłaś najwięcej czasu?
To oczywiste, że z moim host kidem ;)



17. Piosenka roku? Zmieniam na płytę roku ;)



18. Książka roku?
"Eat, pray, love", z któego pochodzi jeden z moich ulubionych cytatów: "A true soul mate is probably the most important person you'll ever meet, because they tear down your walls and smack you awake. But to live with a soul mate forever? Nah. Too painful. Soul mates, they come into your life just to reveal another layer of yourself to you, and then they leave....!"




19. Serial roku?

Niezmiennie dr House... Toż to miłość 


Jeszcze w NY



20. Stwierdzenie roku?
We are slaves of our own thoughts...



21. Trzy rzeczy, z których równie dobrze mogłabyś    zrezygnować?

  • Słodycze... właśnie się staram, 
  • Telewizja, praktycznie nie oglądam, 
  • Gry komputerowe, głupie zabierają czas ;)



22. Najpiękniejsze wydarzenie...
Trudno oceniać je w kategoriach piękna, ale na pewno takie, które
przyniosło mi ogrom stresu, ale potem za to masę radości.... Zdanie 
prawa jazdy w NY :P Cieszyłam się jak dziecko i chyba zadzwoniłam do wszystkich możliwych osób z tą cudowną wiadomością a rozmowy telefonicznie do moich przyjaciół nie należą ;)



23. Najgorsze wydarzenie

Kiedy polecieliśmy do Włoch i tam zablokowali moje konto bankowe w USA bo transakcje były z dwóch miejsc jednocześnie, Włoch i USA. Z USA bo szkoła jazdy miała pobrać sobie za egzamin. Nie miałam jak zadzwonić do banku bo mój telefon nie działał, nie zdążyłam ogarnąć, jak ustawić tą opcję przed wyjazdem. Gdyby nie moja hostka, która dała mi kasę za kolejny miesiąc nie miałabym za co podróżować z moim tygodniu wakacji, który przypadła właśnie we Włoszech...



24. Plusy pracy Au Pair
Praca Au Pair nie jest łatwa i pewnie gdyby nie te plusy to nikt by się nie zdecydował ;) Plusy wg mnie to:
  • Możliwość nauki angielskiego, nie ma innego sposobu komunikowania się, jak w języku angielski, więc mimo błędów trzeba mówić i trochę się uczyć.  Słysząc język codziennie łatwo przyswoić i utrwalić nowe słowa, nie to co w szkole...
  • Możliwość poznania masę ludzi z różnych z różnych krajów. Rozmowy o zwyczajach i powiedzeniach z innych miejsc świata są zawsze dla mnie najciekawsze.
  • Kolejna możliwość... Zobaczenia wielu miejsc, nawet pomijając własne wakacje. Poznanie miejsca, w których się mieszka (czasowo) i miejsc, w które zabiera nas host rodzina, do pracy... ale zawsze :)
  • Pójście do Collegu, na kurs, na który normalnie nie mielibyśmy czasu, czy chęci. Kiedy dzieci są w szkole warto poszukać sobie ciekawego zajęcia, żeby nie mieć poczucia straconego czasu. Ja tak zawsze robię ;) Dlatego też pracowałam jako wolontariuszka w szkole Maxa i potem w Muzeum Dziecięcym, Teraz czeka mnie portugalski! Yupi!
  • Można zarobić trochę kasy, jak się potrafi oszczędzać to nawet można odłożyć ;) Mnie ta umiejętność nie jest dana...
  • Poznanie kultury i zwyczajów w USA, niektórych śmiesznych, niektórych ciekawych a niektórych całkiem idiotycznych ;)
  • Możliwość spróbowania nowych rzeczy, nowe sporty, nowe jedzenie itp.

25. Minusy pracy Au Pair
Tych też nie brakuje, jak w każdej pracy:
  • Mimo własnych zarobków i własnego miejsca w mieszkaniu Au Pair nie może cieszyć się całkowitą swobodą. Czasami może się czuć jakby był/a ciągle w pracy... Dodatkowym ograniczeniem jest tzw. curfew czyli godzina przed, którą trzeba być w domu, żeby być świeżym, wypoczętym i gotowym do pracy kolejnego dnia. Dla mnie była to godzina 12, ale w Miami hostka zmieniła zasadę, mówiąc że jak wychodzę więcej niż 1 w tygodniu muszę być w domu przed 11!!! Dla kogoś kto ma 25 lat to trochę denerwujące ale...
  • Długa rozłąka od rodziny i znajomych. Thank God for Skype, Facebook, GG i inne takie ;)
  • Mieszkanie z obcymi ludźmi... Po dłuższym czasie pewne rzeczy zaczynają denerwować bo w końcu i Au Pair i rodzina ma swoje zwyczaje i przyzwyczajenia. Ważne żeby umieć się dogadać i... nie słuchać host mom kiedy ma okres :P
  • Święta poza domem, mało świąteczne w USA,

26. Homesick? Chciałaś wracać do domu przed skończonym
      programem?
Homesick nie, ale kiedy przyjechałam do rodziny i spędzałam całe dnie z 3,5 letnim maluchem miała ochotę od niego uciec bo było nudnawo ;) Myślałam sobie, że ja tego nie wytrzymam i jak to by było wrócić do domu. Na szczęście przed wylotem zrobiłam sobie listę dlaczego nie rezygnować przedwcześnie i to pomogło. Teraz wiem, że warto przeżyć ten początkowy kryzys.


27. Ile razy zmieniałaś miejsce zamieszkania w 2012 roku?
Trochę tego było w tym roku ;)
Począwszy od wyjazdu z Polski do Nowego Jorku (1), potem mieszkałam miesiąc we Włoszech więc uznaję za zmianę miejsca zamieszkania (2). Zaraz po powrocie z Włoch przeprowadziliśmy się z Nowego Jorku do Miami (3). Tak zdążyliśmy już zmienić mieszkanie więc 4 :) W tym roku musimy znowu zmienić mieszkanie bo hości ciągle szukają odpowiedniego mieszkania dla siebie.


28. Największe co widziałam w roku 2012?
Największe w USA są oczywiście.... porcje potraw :P Zwłaszcza w restauracji zwanej Big Pink, gdzie menu jest wielkie metr na pół a jednego dania nie da zjeść się samemu. To stronka internetowa: http://www.mylesrestaurantgroup.com/



A tak poważnie to chyba największe, a raczej najwyższe co widziałam to był Empire State Building - 443,2 m


29. Najdziwniejsze co widziałam w 2012?
Kawałek Polski w USA, czyli Greenpoint. Wszyyyscy mówili tam po polsku, wszystkie napisy były po polsku, było tam mnóstwo polskich restauracji z tradycyjnym polskim jedzeniem i nawet była tam Biedronka! 
To co pierwsze przyszło mi do głowy a nie chciałam wspominać o wielu dziwnych osobach, których spotkałam na ulicach Nowego Jorku, czy Miami... Oto przykład:

Na Lincoln Road w Miami Beach

30. Co mnie zaskoczyło w USA?

  • Masa homoseksualistów na ulicach. W Polsce, a przynajmniej na ulicach Lublina zdarzyło mi się to tylko raz w ciągu 5 lat. W NY spacerując ulicami West Village widziałam więcej par homoseksualnych niż hetero,
  • Że nie wszędzie ludzie są równie mili/niemili. Po pierwszych doświadczeniach z kulturą amerykańską w Los Angeles, gdzie ludzie przeważnie są bardzo sympatyczni była w lekkim szoku widząc ludzi w Nowym Jorku. Wszyscy są tam w ciągłym pośpiechu, niesympatyczni i nawet kiedy uderzą cię przechodząc na ulicy nie mają czasu powiedzieć proste "przepraszam",
  • Nie w tym roku, ale muszę o tym napisać. Kiedy pierwszy raz poleciałam do USA zobaczyłam jak jedzenie może być bez smaku. Prawie nic mi nie smakowało. Poza daniami przyżądzonymi przez sprawdzone osoby ;) Polskie jedzenie jednak jest smaaczne!
  • Stereotyp głupiego amerykanina to nie prawda. W końcu to stereotyp ;) Przykładem jest mój host dad, który jest bardzo mądrym człowiekiem. Poza tym rozwiązania, które są wprowadzane w stanach, zaczynając chociażby od kursowania autobusów miejskich i kasowania biletów, są prostsze i skuteczniejsze. Nie ma żadnych rozkładów, tylko autobusy (przynajmniej w Miami Beach) przyjeżdżają co 15 minut, w weekendy co 20 minut. Bilety to 25 centów, które wrzuca się do pojemnika, który nabija kwotę lub przystawia się bilet elektroniczny i maszyna pobiera odpowiednią kwotę. W ten sposób unika się gapowiczów,
  • Czerwone światło dla pieszych, zwłaszcza w NY, nie wiem jak jest w innych miejscach USA, nie ma żadnego znaczenia. Można przejść na czerwonym świetle nawet obok stojącego policjanta i nie dostanie się mandatu. Wyobrażacie sobie to w Polsce???
  • Że prawo jazdy można zrobić w ciągu góra miesiąca i nie jest to takie trudne jak w Polszy,

31. Gdzie chcę pojechać w 2013 roku?
To pewne, że chciałabym zobaczyć jak najwięcej miejsc jak jest to możliwe, ale zobaczymy jak się uda. To lista miejsc, o których do tej pory myślałam:

  • Polska - dla Misiaczka na wesele :*
  • Nowy Jork (już za tydzień),
  • San Francisco,
  • Bahama,
  • Los Angeles (po raz kolejny ;),
  • Waschington,
Na razie zamykam listę i zobaczę, które z tych miejsc uda mi się odwiedzić, a może uda się zobaczyć jeszcze inne...



32. Plan/postanowienia na 2013 rok?

  • Nauczyć się portugalskiego,
  • Czytać więcej po angielsku,
  • Odłożyć pieniądze,
  • Schudnąć... 
  • Kontynuować Jogę,
  • Zdobyć doświadczenie w "psychologowaniu",
  • Cieszyć się pobytem w USA przed powrotem do domu (na początku 2014 roku...)


Za rok odpowiem na te same pytanie, będzie łatwo zobaczyć różnice, podobieństwa i zmiany... W końcu czeka mnie jeszcze cały rok au pairowania w USA ;]